Oszronione kolczyki i warsztaty Royal Stone

10 grudnia w końcu wybrałam się na podstawowe warsztaty sutaszu organizowane w poznańskim stacjonarnym sklepie Royal Stone. Dlaczego „w końcu”? Bo pomysł pojawił się jeszcze przed wakacjami, bodajże w kwietniu ;) W każdym razie, lepiej późno niż wcale :) W tym wpisie chciałabym zarówno opowiedzieć Wam o samych warsztatach – o tym, co mi się w nich podobało, a co niekoniecznie – jak i wykonanym na nich projekcie, czyli kolczykach.

43a-frosted-earringsI na sam początek spoiler – to właśnie efekt końcowy nauki :)

Od początku – stówka* na wstęp, pięć godzin warsztatowania (pod warunkiem, że znajdą się przynajmniej dwie chętne osoby), w trakcie kawka, herbatka, ciasteczka. I rzecz jasna nauka ;) Nas była trójka – dwie Agnieszki i Alicja – oraz prowadząca warsztaty, której imię zupełnie mi uciekło. 3 osoby i nauczyciel to naprawdę korzystny układ; kiedykolwiek któraś z nas miała problemy lub pytania, opiekunka była wolna, by wytłumaczyć, czy też jeszcze raz zademonstrować sposób wykonania konkretnego elementu. To jednak z pewnością nie jest reguła i bardzo mnie ciekawi, jak takie warsztaty wypadłyby przy większej liczbie chętnych.

43b-frosted-earringsKolczyk bliżej obiektywu jest tym, który szyłam jako drugi, więc wyszedł mnimalnie bardziej symetrycznie i lepiej nadaje się na pokaz :P

Przed rozpoczęciem samego szycia posłuchałyśmy krótkiego wstępu na temat techniki, jej pochodzenia i zastosowania. Bardzo mnie zdziwiło, że sutasz w biżuterii obecny jest od tak niedawna (II połowa XXw), choć faktycznie nie pamiętam z żadnego wypadu do muzeum sutaszowej biżuterii ze średniowiecza czy renesansu ;) Po krótkiej nocie historycznej omówiłyśmy stosowane materiały – zarówno sznurki jak i koraliki, kamienie, filc i inne – a dopiero po tym sięgnęłyśmy po igły.

Temat warsztatów trochę mnie zaskoczył – na kursie podstawowym spodziewałam się wisiorka. Kolczyki są w moim odczuciu trudniejsze, bo trzeba wykonać dwa maksymalnie podobne elementy. Nie były jednak trudne, a dwie sztuki służyły do pokazania różnych sposobów wykonywania pracy. Zaczęło się więc od wyboru centralnego koralika. Na pierwszy rzut oka wydawało się, że wybór jest całkiem spory – miałyśmy przed sobą trzy tacki z różnymi koralikami. Gdy jednak przyjrzałyśmy im się bliżej… Niestety, taniość straszna, większość plastikowa, często w dziwnych kształtach i kolorach lub bez pary. Bez problemu można było znaleźć jedynie parę zielonych monet, ale skoro wybrała je już jedna z nas, to reszta szukała czegoś innego. Mi wpadły w ręce białe monety, wyglądające jak guziki od pościeli ;) Gdybym mogła wybrać coś lepszego, z pewnością bym to zrobiła, ale wybór był naprawdę mocno ograniczony. No i to tylko warsztaty, nie ma co wybrzydzać, to wyłącznie w celach dydaktycznych. Ze sznurkami i koralikami było o wiele łatwiej, miałyśmy do wyboru całą paletę ciętych tasiemek, również metalicznych i całe pudełka koralików w różnych rozmiarach. Mój wybór, jak widać, był dość zachowawczy, ale wiedziałam, że będę wrzucać tu efekty mojej pracy, więc nie chciałam serwować Wam totalnego koszmarka ;)

43e-frosted-earrings

Sam przebieg warsztatów trudno mi jakoś szczegółowo opisać – byłam zadowolona, wyszłam z nich z uśmiechem na twarzy i poczuciem, że faktycznie potrzebowałam takiego kursu mimo wcześniejszych sutaszowych prób. Faktycznie poznałam kilka fajnych trików, które zdecydowanie ułatwią mi dalszą pracę, więc uważam, że było warto :) Najbardziej cieszę się z udanej próby wszywania koralików – zarówno pomiędzy sznurki, jak i na samo wykończenie – trochę się tego obawiałam, ale zawsze chciałam spróbować i okazało się naprawdę fajne :) Pięć godzin to nie w kij dmuchał, ale było to jednak trochę za mało, by skończyć oba kolczyki na miejscu. To jednak żaden problem, ponieważ mogłyśmy zabrać do domu wszystkie niezbędne materiały :) Dokupiłam jedynie bigle (z których niestety jestem średnio zadowolona – mam wrażenie, że są za grube) i mogłam spokojnie w domu dodłubać kolczyki do końca. A co jeszcze milsze (i czego zupełnie się nie spodziewałam), na wyjściu dostałyśmy od Royal Stone dyplomy potwierdzające uczestnictwo** w warsztatach :)

43f-soutache-diplomaOchrona danych osobowych! ;)

W kwestii samych kolczyków – ja jestem z nich naprawdę dumna :) Przeistoczyły się z nieszczególnego, brzydkiego kaczątka, w iście zimowego łabędzia, któtego zamierzam z dumą nosić w uszach :) Tylko nie przyglądajcie im się za bardzo, bo dostrzeżecie te kilka wpadek, które przydarzyły mi się po drodze ;) Mają około 4cm szerokości i 3,5cm wysokości nie licząc bigli.

43c-frosted-earringsRęka jest dla skali – centymetry centymetrami, ale zawsze łatwiej wyobrazić sobie rozmiar, gdy mamy porównanie do czegoś znajomego

Kurs na tyle mi się podobał, że poważnie myślę o warsztatach doszkalających. Szyje się na nich wisiorek, ale bez podklejania oraz można nauczyć się wszywać taśmę cyrkoniową – to umiejętności, które faktycznie chciałabym nabyć. No i samo popołudnie spędzone w towarzystwie innych rękodzielników… To daje taki pozytywny impuls, tyle frajdy :) Może nie na najbliższe, ale na jakieś warsztaty zaawansowane też się wybiorę. Póki co podszkolę to, czego się dowiedziałam. To dla mnie bardzo ważne, bo jeden z moich gwiazdkowych prezentów to właśnie sutaszowa biżuteria, tym razem dla babci. Na pewno pojawi się na blogu, najpewniej po Wigilii, gdy będę już wiedziała, czy babcia jest zadowolona ;)

*w zasadzie 99zł, ale mnie te końcówki z dziewiątkami nie oszukajo! ;)

** ponownie: chodzi o uczestnictwo, a nie jakieś zaświadczenie o wysokim poziomie samych umiejętności :P

One thought on “Oszronione kolczyki i warsztaty Royal Stone

  1. Cudne są! Ja tam żadnych błędów nie widzę, podobają mi się okrutnie, rzeczywiście sprawiają wrażenie oszronionych. Jak ja Ci ich zazdroszczę :D.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *