Rio

Rzutem na taśmę, ale udało się zrealizować plan :) Od kiedy pisząc Rękodzielnicze Podsumowanie Roku 2018 odkryłam, że przez cały zeszły rok nie zrobiłam nic sutaszowego, miałam wyrzuty sumienia. No bo jak to! Taka wspaniała technika, naprawdę bliska memu sercu, a nie znalazłam na nią czasu? Wstyd. Więc od razu pojawił się pomysł, żeby stworzyć duże, barwne kolczyki, w sam raz na karnawał. Zaczęło się nawet nieźle, bo już 13 stycznia pokazywałam na Instagramie produkty, które miały mi posłużyć do wykonania projektu. Niestety (stety?;), potem zaczęłam dziergać serwetki i sutasz znów czekał na swoją kolej. Ostatnio poczułam jednak moc dealine’u i, w ten piękny podkoziołkowy wieczór, w końcu je mam! Rio :)

Prawdziwa eksplozja kolorów! Doradzam resztę wpisu czytać w ciemnych okularach ;)

Powstały dzięki tutorialowi Tropical Vibes z bloga Royal Stone. Mam trochę problem z sutaszowymi tutkami, bo z jednej strony zdjęcia i opisy są całkiem wartościową pomocą, ale z drugiej – sutasz jest o wiele bardziej… plastyczny niż koraliki. Jak jest napisane, żeby przyszyć koralik A do koralika B to ciężko zrobić to źle. Natomiast tutaj mamy jedynie informacje, do czego dążymy, ale drogę każdy musi odnaleźć sam. Nie powiem, na początku sznurki rozsypywały mi się w dłoniach jak zupełnej nowicjuszce. Ale ostateczny efekt jest bardzo zadowalający, chyba tak zupełnie nie wyszłam z wprawy :)

Ładne są, to i macie jeszcze jedną podobną fotkę ;)

Niespecjalnie lubię pracować z kryształkami Swarowskiego, zwłaszcza mam na myśli Rivioli. Gładkie to takie, nie ma jak przymocować do sznurków, trzeba podklejać… Ale błyszczą się nieziemsko, więc do tego projektu pasowały idealnie. Mogłyby być jeszcze trochę tańsze (serio, jak udało się komukolwiek namówić większość społeczeństwa, że za kolorowe szkiełko warto tyle zapłacić?! Swarku, Ty rekinie biznesu! ;), ale przecież nie będę oszczędzać na karnawale, prawda? :D

Szyłam je chyba tydzień, codziennie po godzinkę-dwie, a potem gigantyczny maraton w niedzielę. Następnie w poniedziałek zabezpieczenie tyłu pracy i wszycie bigli, a dziś nareszcie zdjęcia. Po drodze zmieniałam paletę kolorów ze cztery razy (dacie wiarę, że na początku miał tu być delikatny błękit i mosiądz zamiast ciemnego fioletu i ultramaryny?), strasznie drobiazgowa praca. I w dodatku nie bez przygód… :D

 

Jedną z atrakcji możecie zobaczyć na zdjęciu powyżej, o ile bardzo wytężycie wzrok ;) Po prawej stronie na dole, w rzędzie przyszytych bordowych fire polish, jeden jest delikatnie innego koloru. Widzicie już który? Drugi od dołu. Jak się wie, to widać to na każdym zdjęciu. Powód oczywiście jest banalny – zabrakło mi koralików. I tak nie jest tak źle, jak mogło być, bo początkowo brakowało mi aż trzech! Na szczęście (nieszczęście?) zorientowałam się, gdzie mi zginęły… Wszystko wyjaśnia kolejne zdjęcie:

Wiem, że zdjęcie jest ciemne, mało wyraźne i kolory też nie teges, ale było robione telefonem i wysyłane do Runy z prośbą o opinię. Dostrzeżecie na nim, że górna para wszytych w ślimaki fire polish ma zupełnie inny kolor, niż dolna. Właśnie tam przypadkowo wszyłam dwa koraliki, które powinny być na obwodzie! Po raz pierwszy zaliczyłam taką wpadkę i po raz pierwszy musiałam wypruć koralik z tak zaawansowanej robótki. Serce waliło, ale na szczęście wszystko się udało. ALE! To nie tę wpadkę chciałam konsultować z Runą… :D Na zdjęciu widać jeszcze jeden bubel. Spróbujcie znaleźć go sami, a gdy się poddacie – zapraszam na sam koniec wpisu ;)

Rzadko chwalę się tyłem sutaszowej pracy, ale tym razem wyszło nie najgorzej. Niebieska skórka ładnie się trzyma i zakrywa to, co trzeba. A uwierzcie mi – trzeba :D Poniżej zdjęcie przed zaklejaniem ;)

Ostatecznie, mimo wielu przygód, udało mi się uszyć naprawdę ładną biżuterię. Zamierzam je nosić tak często jak się da, chociaż nie wiem, jak często tak zwariowane kolory będą mi pasowały do outfitu. Nawet, jeśli będzie to raz na ruski rok, i tak jestem dumna, że w końcu wróciłam do sutaszu – to piękna i widowiskowa technika. Kolczyki podobają mi się na tyle, że zrobiłam im przeszło 60 zdjęć! Na gładkim tle oraz z kawałkiem brzozy już widzieliście, ale było też parę zrobionych na złotym kawałku czegoś tiulokształtnego. Kolory wychodziły jednak słabo, a materiał nie był wyprasowany, więc ostatecznie wszystkie zdjęcia skasowałam. Wszystkie poza jednym, żeby pokazać Wam, jak to mniej więcej wyglądało :)

A dla ciekawskich odpowiedź na pytanie, jaki jest ostatni bubel – po prawej stronie na dole jest 6 koralików, podczas gdy na tym samym łuku we wszystkich innych miejscach jest ich 5! Nie wiem, dlaczego ten ślimak wyszedł mi taki duży, ale nie było mowy, żeby zostawić tam dziurę wielkości całego koralika, więc doszyłam kolejny. Gdyby nie to, wystarczyłoby mi koralików na oba kolczyki i nie musiałabym dodawać tego jednego w delikatnie innym odcieniu.

5 thoughts on “Rio

  1. Piękne są, aż chciałoby się przekuć uszy :P a tej kolorystycznej pomyłki totalnie nie zauważyłam!

  2. Uwielbiam kolczyki, ale nosze tylko takie malutkie, na sztyftach. Zostało mi to z lat szkolnych, kiedy miałam długie włosy i każdy dłuższy kolczyk oznaczał katastrofę. Ale jak widzę takie CUDO , to ręce same mi się do nich wyciągają i już mam wizję jak pięknie wyglądają wpięte w moje uszy :D. Cóż, pozostaje mi tylko pomarzyć …. .

    1. Fragment o włosach wplatających się w kolczyki znam aż za dobrze ;) Ale dla tych kolczyków warto zrobić kok :D Co zamierzam uczynić jutro, a do tego wdziać się w kiecę i celebrować Dzień Kobiet demonstrując wszem i wobec efekty mojego dziubania :)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *