Łezki

Półtora roku po pierwszych próbach znów zmierzyłam się ze srebrnymi drutami. Wszystko za sprawą zestawu do samodzielnego wykonania kolczyków stworzonego przez Kornelię Kubinowską, tworzącą pod marką Sunflower. Dostałam taki zestaw na urodziny i gdy tylko znalazłam wolną chwilę, usiadłam do pracy. Kilka godzin przez kilka dni i proszę, mam kolczyki do zestawu z wykonanym wcześniej wisiorkiem.

Wykonałam w swojej rękodzielniczej karierze niezliczoną liczbę projektów na bazie tutoriali – zarówno internetowych (cała fura z bloga Royal Stone, jak ten, ten i ten), ale również z innych źródeł jak YouTube oraz z gotowych, kupowanych zestawów: m.in. ponownie od Royal Stone, czy od Agna Wool Art lub autorstwa Weraph. Do czego zmierzam: uważam, że mam całkiem spore doświadczenie z poradnikami wszelkiej maści i rodzaju. I niestety box z dzisiejszego wpisu wypada dość blado na tle pozostałych…

Zacznę od tego, że otwierając małe pudełko, dostajemy bardzo dużo wszystkiego na raz i sami musimy dojść do ładu, który drucik ma ile mm. Jasne, ten najcieńszy czy najgrubszy jeszcze jesteśmy w stanie wskazać, ale w sumie różnych grubości jest 5. Uważam, że zapakowanie ich osobno i oznaczenie (jak było np w przypadku filcu z zestawu od Agny, link w poprzednim akapicie) naprawdę ułatwiłoby życie, zwłaszcza osobie, która jest w temacie zupełnie zielona. Dodatkowo, najcieńszego drucika, tego, którego potrzebujemy najwięcej, zwyczajnie mi zabrakło. Dookoła kolczyka mogłam jeszcze wyplatać koraliki i nawet chciałam to zrobić, ale nie miałam już z czego, zabrakło mi dobrych 40cm. Faktycznie, na początku pracy nie podzieliłam sobie drucika na wszystkie kolejne kroki, tylko po prostu używałam go tyle ile potrzeba, by owinąć dany element. Gdybym pocięła go na kawałki, w trakcie okazałoby się, że są za krótkie i część drucika zostaje goła. Ewentualnie, w moim pakiecie na start było za mało metrów druta i gdybym pomierzyła wszystko od razu po otwarciu to miałabym pewność na czym stoję. Mierzyłam za to grubsze druciki, które były w krótszych kawałkach, i każdego miałam może z centymetr więcej, niż w instrukcji, także bez szaleństw. Skoro był tak pieczołowicie wydzielany, mógłby już być pocięty na elementy o niezbędnej długości, też byłoby łatwiej.

Kolejnym elementem, który średnio mi się spodobał jest zapięcie. Przede wszystkim – tego nie da się zapiąć. Wtykam kolczyk w ucho, końcówkę „zapięcia” wsadzam w haczyk i modlę się, żeby nie spadł. Czasami spada. W dodatku w instrukcji, montaż zapięcia jest jednym z początkowych kroków – tutaj miałam na tyle instynktu samozachowawczego, żeby jednak zrobić to na końcu. Nie wyobrażam sobie całego tego owijania z dyndającym zapięciem. Polecam swoją metodę ;)

Punkt trzeci: kamienie. Do zestawu były dołożone dwie łezki (chyba) apatytu. I wszystko pięknie, ładne były, delikatne, fasetowane tak samo jak łezka z wisiorka, o którym pisałam we wstępie. Pierwszą zamontowałam łatwo, szybko i przyjemnie, prezentowała się cudnie. Druga okazała się jakoś krzywo przewiercona i pękła mi w trakcie nawlekania na drut… Stacjonarnie nie udało mi się kupić nic podobnego, więc wybrałam obłe, syntetyczne krople w nasyconym błękicie. Też mi się podobają, ale jednak wolałabym nie musieć ratować się improwizacją.

Jedna zamontowana, druga – złamana. Pięknie srebrne, bo to jeszcze przed oksydą.

Ale najsłabszym elementem całego pudełka jest sama instrukcja wykonania kolczyków. Jest po prostu szalenie uboga! Brakuje w niej jakiegoś know-how: jak to trzymać, jak owijać, co zrobić, gdy drucik się urwie, a co, gdy zrobi się na nim zagięcie*, co zrobić z oksydą po użyciu, skoro jest na niej napisane, że jest silnie żrąca, jak ją utylizować, może wylać, ale tak do kanalizacji?, jak porządnie zacząć pracę jak wszystko kręci się na drucie, jak ją zakończyć…. No nic takiego w tej instrukcji nie ma. Prosty komunikat: wygnij na czymś o średnicy jakiejś. Owiń jeden drut drugim. Zrób pętelkę na końcu. Brakowało po prostu rad, których Kornelia na pewno mogłaby udzielić całą masę, jako doświadczona twórczyni, którą przecież jest.

Być może ten zestaw jest po prostu dla zaawansowanych, a nie takich żółtodziobów jak ja ;) W opisie nie ma jednak ani słowa o poziomie trudności, więc ciężko wyczuć, co się dla kogo nadaje. Ostatecznie, już po wszystkim, kolczyki mi się podobają. Może to zapięcie jakoś przemodeluję, ale same kolczyki są naprawdę fajne, wire-wrapping ma w sobie to coś…. ;) Kusi mnie, żeby skorzystać jeszcze z jakiegoś boxa Kornelii żeby sprawdzić, czy historia się powtórzy. Na pewno dam Wam znać :)

*na najcieńszym druciku często robiły mi się takie nie do końca supełki, tylko właśnie zagięcia – prawie przy każdym przełożeniu przez oczko łańcuszka.

One thought on “Łezki

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *